Na wstępie słów kilka...


Bardzo prosiłabym odwiedzających mojego bloga o zapoznanie się z działem 'Bohaterowie', zanim przystąpicie do czytania rozdziałów. Jest to dla mnie o tyle ważne, że bez podstawowych informacji, dotyczących tego opowiadania nie będzie mogli w prosty sposób wczuć się w rolę mojej bohaterki, która, bądź co bądź, jest kreowana przeze mnie w sposób dość zawiły. Dlatego też apeluję o poświęcenie tych paru minut na zapoznanie się z genezą tej historii. Dziękuję za uwagę i życzę przyjemnej lektury!




4. Rodzinne komplikacje


Dodano: czwartek, 18 marca 2010 23:38:34
Napisano: komentarze [10]

Po dość długiej przerwie powracam z nowym, aczkolwiek niebywale nudnym i wręcz wymuszonym rozdziałem. Nie jestem ostatnio w dobrej formie do pisania, zwłaszcza że na głowie piętrzy mi się cały stosik innych spraw, które wymagają o wiele większego poświęcenia. Jednakże uparłam się, że skończę to, co zaczęłam, pomimo wszystko. W miarę jak moja niedyspozycja będzie się ulatniać, poprawię to, co tutaj zapaskudziłam. Tymczasem witam ponownie z nowym wystrojem bloga i masą kolejnych pomysłów (które oczywiście muszę ubrać w jakieś ładne słowa, by nie zrobić z siebie ogólnego pośmiewiska). Wybaczcie wszystkie błędy i niedopatrzenia. Poprawię wszystko, jak tylko znajdę troszkę czasu. Miłej (i nie przyprawiającej o ziewanie, co raczej jest nieuniknione) lektury!


Tego ranka ulice Londynu pokrywała cienka warstwa brudnego śniegu.
Oblodzone chodniki, pełne resztek papieru i jedzenia znikały w gęstym tłumie nóg zabieganych przechodniów, w pośpiechu dopijających kawę i zerkających niespokojnie na swoje zegarki. Eleganccy biznesmeni co jakiś czas klęli siarczyście pod nosem, strzepując ze swych równie eleganckich nogawek spodni pozostałości po czymś, co jeszcze parę dni temu było białym, cieszącym przede wszystkim dziecięce oczy, delikatnym puchem.
W powietrzu było czuć atmosferę zbliżającej się zabawy sylwestrowej.
Rozchichotane nastolatki, nieprzerwanie od wieków przemierzające jakąkolwiek drogę grupami, zatrzymywały się przy co drugiej witrynie z odzieżą damską, oceniając osnute w prawie że przezroczyste suknie balowe manekiny, obnażające na każdym kroku swe smukłe, plastikowe ramiona. Cekinowe torebki, buty na horrendalnych obcasach i masa bezużytecznych bzdur piętrzyła się za gładkimi powierzchniami sklepowych szyb, kusząc atrakcyjnymi cenami i zniżkami.
Punkt zaczepienia odnalazł natychmiast po opuszczeniu małej kawiarenki na rogu głównej ulicy.
Nie spodziewał się, że tak szybko uda mu się odnaleźć kogoś, kogo poszukiwał od tak wielu lat. Aż przystanął z wrażenia, nie odrywając wzroku od smukłej sylwetki młodej kobiety, zagadanej z przydrożnym sprzedawcą gazet. Profil jej twarzy zdobił nienaturalny, kształtny nos, a nieco niżej otwierały i zamykały się wypukłe, malinowe usta. Kolor włosów także się nie zmienił. Wciąż miała długie, wijące się niczym węże czarne pasma, sięgające jej do połowy pleców. Otulona nadzwyczaj grubym szalem w dziwne szlaczki i wywijasy, prowadziła żywiołową konwersację z mężczyzną w średnim wieku, który, olśniony jej urodą, czasem wręcz zapominał języka w gębie, nie odrywając od niej cielęcego spojrzenia.
Zmarszczył brwi z dezaprobatą, przystanąwszy przy najbliższej kolumnie z ogłoszeniami. Udając zainteresowanego ofertą kupna używanych mebli, co chwilę zerkał w stronę kobiety, która wreszcie zdecydowała się zakończyć żmudną rozmowę i zapłaciwszy za gazetę, oddaliła się w stronę najbliższego skrzyżowania.
Bez chwili wahania ruszył jej śladem, umiejętnie manewrując między ludźmi. Była zaledwie parę kroków przed nim. W dłoni, obitej w skórzaną rękawiczkę trzymała zwiniętą w rulon gazetę, w drugiej zaś siatki z ostatnimi, noworocznymi zakupami.
Uśmiechnął się pod nosem, pomimo panującego na ulic zgiełku słysząc jej wesołe nucenie.
Naprawdę nic się nie zmieniło.
- Panie, obudź się pan, przejście blokujesz!
Wzdrygnął się raptownie, z roztargnieniem poszukując źródła zbędnych pretensji.
Przykurczony staruszek, z wielkimi okularami na nosie łypał na niego groźnie, szturchając go dość mocno jedną ze swoich kul.
- Przepraszam – mruknął, odsuwając się na bok.
- Wszyscy jesteście tacy sami – biadolił staruszek, powoli wspinając się po schodach jednego ze sklepów. – Zamyśli się, zatrzyma nieświadomie i krzywdę wyrządza otoczeniu. Panie Boże, wybacz im, bo nie wiedzą, co czynią…
Spojrzał z paniką w miejsce, w którym widział ją chwilę wcześniej.
Potężnych rozmiarów kobieta, trajkotała skrzekliwie przez telefon komórkowy, natarczywie wciskając guzik, przyspieszający zapalenie się zielonego światła.
Syknął ze złością, zaciskając z całej siły skostniałe z zimna pięści.
- … bo gdy ja byłem młody, nigdy tyle nie myślałem. Wojna, wojna i jeszcze raz wojna…
Całkowicie ignorując ciągłe zrzędzenie staruszka, który zatrzymał się jeszcze przed drzwiami sklepowymi i naumyślnie gestykulował w jego stronę, puścił się biegiem prosto przed siebie, w ostatniej chwili unikając zderzenia z maską samochodową. Pisnęły opony, ktoś krzyknął, a on widząc przed oczami tylko powiewające pasma czarnych włosów, wyciągnął przed siebie rękę i z nieukrywaną ulgą zacisnął dłoń na ramieniu Elendess, która obróciwszy się wokół własnej osi i stanąwszy z nim twarzą w twarz zamarła, po czym z wrażenia upuściła na ziemię siatki z zakupami.


Niewyobrażalna liczba zadań domowych, która piętrzyła się na biurku Libby zdawała się wręcz szydzić z jej lenistwa, które bądź co bądź, spowodowane było nadmiarem świątecznego jedzenia i łakoci, wpychanych jej do buzi za każdym razem, kiedy ciotka Sinerel kończyła piec chyba już z setną porcję ciasteczek.
Według ciotek, Libby stanowiła żałosny okaz wychudzonego i zagłodzonego dziecka, które w trymiga należałoby nieco utuczyć i wywabić z kryjówki zdrowe, szkarłatne rumieńce z policzków. Sama Libby uważała siebie za osobę spełniającą kryteria doktora Fausta, mistrza i idola ciotki Elen, która w wolnych chwilach zaczytywała się w jego poradnikach, co rusz niedowierzając i eliminując na kartce papieru wszystkie niedogodności i przeciwieństwa, stosowane dotychczas w swojej kuchni. Zakończywszy tym samym żmudny proces przemiany w najlepszą, a zarazem najrozsądniejszą gospodynię domową, Elen, ściskając w dłoni długą na kilkanaście cali listę zakupów, wyruszyła na miasto, przed wyjściem przypominając Libby o obowiązkach szkolnych i sprzątnięciu w salonie, zawalonego jej rupieciami, stołu.
Libby przewróciła oczami, sięgając do półmiska po czekoladowe ciasteczko, po czym z głęboką powagą przyrzekając ciotce, że w najbliższym czasie spełni wszystkie jej polecenia, ruszyła do swojego pokoju, myśląc o marnej skuteczności jej metod wychowawczych.
Była dzisiaj w wyjątkowo paskudnym humorze.
- Psia kość! – zaklęła, kiedy o mały włos nie nadepnęła na ogon Rossa, który przycupnął przy drewnianej poręczy schodów i usilnie próbował zerwać sztuczną gałązkę jodły, przepasaną czerwoną wstążką i żałośnie dyndającą między wąskimi kolumienkami. – Na miłość boską, Ross! Zejdź mi lepiej z oczu, zanim całkowicie stracę cierpliwość!
Kocur posłał jej pełne pogardy spojrzenie, po czym machając gwałtownie ogonem, powrócił do uprzedniej czynności, całkowicie ignorując głośne trzaśnięcie drzwiami.
Libby rzuciła się na łóżko z jękiem, zakrywając głowę poduszką.
Od przeszło półtora tygodnia snuła niewiarygodne plany zdobycie czwartej fiolki wspomnień, którą ciotka Sinerel nosiła uparcie w kieszeni swojego płaszcza. Niby błaha rzecz, wykorzystać jej nieuwagę i bez jakiegokolwiek zawahania wykraść bezcenny skarb, udając niewiniątko w chwili, kiedy ciotka się zorientuje. Na realizację tegoż planu, który Libby opracowała na samym początku nie tyle zaprotestowało jej sumienie, by zawieść Elen, a jedno, niewinne zaklęcie, które zostało umyślnie rzucone przez ciotkę Sinerel na prawą część jej płaszcza.
W chwili zetknięcia się czubka wskazującego palca Libby z szorstkim materiałem, płaszcz ryknął na cały dom, informując wszystkich domowników o próbie kradzieży wnętrzności kieszeni. Ciotka Sinerel zjawiła się niemal natychmiast, unosząc nonszalancko brwi i żądając bezzwłocznego wytłumaczenia. Libby, nieco zdezorientowana zaistniałą sytuacją, wybąkała jakieś usprawiedliwienie, po czym czmychnęła na górę, czując, jak ze wstydu pali ją caluteńka twarz.
Od tamtej pory poprzestała jedynie na uważnej obserwacji ciotki Sinerel i jej ryczącego płaszcza, który co jakiś czas odzywał się tubalnym rykiem, kiedy ciotka Elen sprzątała w szafie lub po prostu niechcący szturchnęła go łokciem.
- Nie wiem, za kogo nas uważasz, Sin, ale uważam, że to już lekka przesada – Elen była wyraźnie zniesmaczona podstępem Sinerel, wytykając jej brak zaufania do Libby i Jen.
- Nie kieruje mną brak zaufania, tylko troska – broniła się Sinerel.
- Akurat.
Libby z jednej strony przyznawała rację Elen, jednak w głębi duszy doskonale wiedziała, że Sinerel ma na uwadze jej dobro. Skoro jednak we trzy podarowały jej wspomnienia, to dlaczego zabrały to, być może, najważniejsze ze wszystkich pozostałych?
- W taki sposób nigdy nie dowiem się całej prawdy o mamie – mruknęła zdegustowana, patrząc wymownie w sufit. Promienie zerkającego zza ciężkich, gradowych chmur na moment oświetliły jej mały pokoik, napełniając go ciepłym, zimowym światłem. – Co zrobić, by ona wreszcie to zrozumiała?
W tym samym momencie rozległo się delikatne stukanie w okno.
Libby zerwała się na nogi, potykając się o leżący u stóp łóżka kufer i o mały włos nie lądując rozpłaszczona na blacie swojego biurka. Za oszronioną szybą siedziała brązowa płomykówka, dygocząc z zimna i nerwowo machając skrzydłami.
Libby czym prędzej wpuściła ją do środka, upominając zaspaną Cleo, by zrobiła nieco miejsca dla swojej koleżanki, a następnie odwiązując skrawek pergaminu od jej nóżki.
Sowa Nessy usadowiła się obok Cleo, która z łaską raczyła się nieco odsunąć, by tamta mogła się posilić i odpocząć. Libby zasiadła wygodnie w obrotowym krześle i zabrała się do czytania.

Kochana,

nie wiem, jak Ty, ale cała ta sprawa z tym prezentem bożonarodzeniowym jest niesamowicie ekscytująca! Czwarta fiolka musi skrywać najmroczniejsze tajemnice świata czarodziejów z tamtych lata, skoro Twoja ciotka nie ma zamiaru Ci jej oddać. Może zawiera młodość Sama – Wiesz – Kogo? Może Twoja mama była z nim powiązana zanim do niego dołączyła? W takim wypadku nie zdziwiłabym się, gdyby na jaw wyszedł fakt, że jesteście spokrewnieni. Twoje ciotki znają prawdę i nie chcą Ci jej wyjawić, dopóki nie osiągniesz odpowiedniego do tego wieku. Uważam, że postąpiły słusznie, choćby ze względu na Twoją słabą psychikę. Gdybyś teraz dowiedziała się tego wszystkiego, co powinnaś dowiedzieć się za parę lat, zapewne byś nie wytrzymała i w akcie desperacji i nagłego zrywu bohaterstwa rzuciłabyś szkołę i wyruszyła na poszukiwanie matki, niczym jakiś baśniowy bohater (pomijając te wszystkie bzdury o smokach i uwięzionych księżniczkach, rzecz jasna, które, moim zdaniem, są z deczka naciąganym pomysłem przykucia uwagi czytelnika). W każdym razie nie rób głupstw, Libby i ciesz się tym, co masz. Znając Ciebie już pewnie próbowałaś zwinąć to wspomnienie. Udało się? Jeśli nie, to daruj sobie i zbieraj pomysły na referat z historii magii, który notabene mamy oddać po świętach. Do zobaczenia na peronie!







Libby westchnęła głęboko, składając wpół pergamin i chowając go do szuflady biurka.
- Nessy ma rację – powiedziała, patrząc na stojące tuż obok zdjęcie jej przyjaciół. – Jestem za bardzo uparta, by odpuścić i dać sobie na chwilę obecną spokój z tym wspomnieniem. Tylko że ona nie wie, co czuję. Nie zdaje sobie sprawy z tego, że otrzymałam szansę na poznanie całej prawdy o swojej rodzinie, która gdzieś żyje na tym świecie, a za nic nie chce się do mnie przyznać, choćby ze względu na nazwisko…
- Libby?
Skrzypnęły drzwi i w progu ukazała się ciotka Jen. Libby odwróciła się w jej stronę, czując w powietrzu dziwne napięcie.
- Możesz zejść na moment do salonu?
Skinęła potakująco głową, nie mając siły, by pytać o jakiś konkretny powód.
- Pewnie chodzi o ten cały bałagan – mruknęła pod nosem, jak najwolniej stąpając po skrzypiących stopniach schodów. Czuła dochodzący zza kuchennych drzwi zapach pieczeni, przeplatany delikatnym aromatem ziół i pomidorów, który powoli rozchodził się po całym domu, drażniąc, nagle wściekle głodny, żołądek Libby.
- Zaraz to wszystko posprzątam, przecież obiecałam… - powiedziała gniewnie, wkraczając gwałtownie do salonu i stając jak wryta przy choince bożonarodzeniowej, widząc siedzącego na kanapie wysokiego, chudego mężczyznę, który rozglądał się po pokoju z wyraźnym zainteresowaniem. Miał niesamowicie bladą twarz , gdzieniegdzie przybraną mimicznymi zmarszczkami i wielkie, brązowe oczy. Półdługie włosy, które z czasem nieco się przerzedziły, opadały delikatnie na szerokie jak u zawodowego pływaka ramiona. W pierwszej chwili Libby uznała, że jest to jeden ze znajomych ciotki Jen, która przecież była w połowie wampirem. Dopiero po uważniejszej analizie dostrzegła jego zapadnięte, aczkolwiek zarumienione od zimna, policzki. Uśmiechnęła się lekko, kiwając głową.
- Dzień dobry – mężczyzna przeniósł na nią wzrok, momentalnie zamierając w miejscu. Jego brązowe oczy wyrażały chwilowe zdezorientowanie, które następnie przerodziło się w niedowierzanie. Jego prawa brew zadrżała niepewnie, a Libby ze zdziwieniem uświadomiła sobie, że i ona ma od czasu do czasu takie nerwowe tiki. Tej samej brwi, to samo drganie.
- Kochanie – ciotka Elen, jeszcze w płaszczu i ubrudzonych błotem butach, podeszła do niej powoli i pogłaskała niepewnie po głowie. – Mamy… to znaczy, hm… ty masz gościa.
Libby zamrugała gwałtownie, spoglądając pytająco na ciotkę.
- Tak, hmm… to jest… jakby to powiedzieć…
W tym momencie mężczyzna zerwał się z kanapy, kierując się w jej stronę z wyciągniętą przed siebie szczupłą dłonią.
- Alex, mam na imię Alex – jego głos emanował niewyobrażalnym ciepłem i męskością, co ją na chwilę onieśmieliło.
- Miło mi – wydukała, ściskając jego dłoń i w myślach przeklinając swoją nieudolność wypowiedzi. – Jestem Libby…
- Wiem – Alex uśmiechnął się, ukazując równy rządek białych jak śnieg zębów. – Wiem, kim jesteś.
- Tak? – zapytała głupio Libby, spoglądając to na ciotkę Elen, to na Jen. – To… dobrze?
Alex nie odrywał od niej wzroku, mierząc ją od stóp do głów badawczym spojrzeniem odkrywcy.
- Widzę duże podobieństwo – powiedział po chwili. – Te oczy, kolor włosów… i to z pozoru niewinne spojrzenie. Skóra żywcem zdjęta, ot co.
- Przepraszam bardzo, ale nie rozumiem – Libby zmarszczyła czoło, czując narastający gniew. Co jak co, ale obcy mężczyzna nie ma prawa oceniać jej wyglądu. – Kim pan jest? O ile mi wiadomo, nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy.
Alex parsknął wymuszonym śmiechem.
- Masz rację – rzekł. – Nie mieliśmy zbytnio okazji się poznać. To znaczy okazji było multum, ale okoliczności niesprzyjające.
- Jest pan przyjacielem którejś z moich ciotek?
- Coś w tym rodzaju.
Libby nie lubiła zagadek. Logiczne myślenie nigdy nie było jej dobrą stroną.
Zazwyczaj tego typu zagadnieniami obarczała Zaella, który był mistrzem w rozwiązywaniu tajemnic zatrzaśniętych drzwi dormitorium, czy też nocnych eskapad Grubej Damy. Uwielbiał bawić się w mugolskiego detektywa i „dopasowywać poszczególne elementy do całości układanki”.
- Kochanie, Alex znał twoją mamę – wyjaśniła ciotka Elen, nerwowo strzepując niewidzialny kurz ze swojego płaszcza. Alex spojrzał na nią ze zdziwieniem.
- No dobrze, znał – powiedziała Libby, tracąc powoli cierpliwość. – I co w związku z tym? Moja mama miała wielu znajomych, tak jak zresztą większość ludzi.
Ciotka Elen zamilkła, rzucając rozpaczliwe spojrzenie na ciotkę Jen, wygodnie usadowioną w rogu kanapy z kubkiem herbaty w ręku.
- Alex nie jest znajomym twojej mamy – powiedziała, wpatrując się w buchający w kominku ogień. – To jej rodzony brat.






Szata

Szablon wykonała Scarlet, tylko i wyłącznie dla Michelle!
Szablon działa tylko i wyłącznie w Mozilla Firefox!



Rozdziały


P. | I | II | III | IV

Nawigacja


IndexBohaterowie
AutorkaKsięga
Dodaj


Ogłoszenia

Osoby, które chcą być informowane o jakichkolwiek nowościach na moim blogu, proszone są o wpisanie się do księgi gości.